Agnieszka Smoczyńska: Najnowsze Filmy, Kariera i Wpływ na Kino

Jeśli myślisz, że polskie kino to tylko dramaty, szarzyzna i niekończące się dialogi przy kuchennym stole — to najwyższy czas, by poznać Agnieszkę Smoczyńską. Ta reżyserka już dawno wkroczyła na scenę z hukiem, a jej twórczość to mieszanka neonów, muzyki, kobiecej energii i bardzo specyficznej wizji świata. Jeśli kiedykolwiek widziałeś „Córki dancingu” i nie wiedziałeś, co tak naprawdę się wydarzyło — gratulacje, trafiłeś na jeden z większych mindf**ków w historii polskiego kina. I to w najlepszym możliwym wydaniu.

Od musicalu o syrenach do hollywoodzkich drzwi

Debiut Agnieszki Smoczyńskiej w postaci wspomnianych „Córek dancingu” (2015) był jak neonowy meteor. Syreny, PRL, piosenki disco i metafora dojrzewania w jednym? Tak, to rzeczywiste zdarzyło się w kinie. Film nie tylko poruszył polskich kinomanów, ale również zdobył uznanie na festiwalach zagranicznych, od Sundance po Sophia Coppolę, która ponoć obejrzała „Córki…” z otwartymi ustami (choć może to była tylko mina zaskoczenia).

Po takim wejściu łatwo byłoby spocząć na laurach, ale Smoczyńska mając temperament artysty i energię espresso potrójnego, poszła dalej. Jej kolejne filmy – „Fuga” (2018) i międzynarodowy debiut „Silent Twins” (2022) – pokazały, że nie boi się tematów trudnych, psychologicznych i takich, przy których przeciętny widz musi sobie zrobić herbatę z melisą po seansie. Ale to właśnie za to ją kochamy.

„Silent Twins” – milczenie, które krzyczy

Film „Silent Twins” na podstawie prawdziwej historii June i Jennifer Gibbons – zamkniętych w sobie bliźniaczek z Walii – był wejściem Agnieszki Smoczyńskiej na międzynarodową scenę z przytupem. Produkcja miała premierę na festiwalu w Cannes, a krytycy z całego świata pokiwali zatroskanym spojrzeniem z uznaniem. Jedni pisali o „onirycznej bajce psychologicznej”, inni o „estetycznej perle do analiz semantycznych” – jakkolwiek by nie było, to film nie pozostawiał nikogo obojętnym.

W „Silent Twins” widać jak na dłoni styl Smoczyńskiej – połączenie estetyki klipu muzycznego z głębokim przesłaniem emocjonalnym. To coś więcej niż opowieść – to doświadczenie. Wchodzisz do kina jako ty, wychodzisz jako ktoś, kto potrzebuje chwili, żeby dojść do siebie.

Reżyserka od subwersji i niedopowiedzeń

Agnieszka Smoczyńska nie tworzy kina, które prowadzi widza za rączkę. Jej filmy to raczej labirynty z niespodziankami – czasem neonowe, czasem mgliste, zawsze zaskakujące. To, co dla jednych będzie trudne do zrozumienia, dla innych stanie się objawieniem. I właśnie w tym tkwi siła jej stylu.

Sceny jak z teledysku Björk, narracja nie do końca linearna, a bohaterowie, którzy mogliby wystąpić w Twoim koszmarze albo na festiwalu w Berlinie – to znak rozpoznawczy tej reżyserki. Nie bez powodu Agnieszka Smoczyńska zyskała przydomek polskiej królowej kina psychodeli. Ktoś musi przecież rozdawać królewskie laury poza Królewskimi Łazienkami!

Co dalej? Kosmos, opera i… czemu nie komedia?

Jak zapowiadają plotki z filmowego środowiska (czyli z Cannes, Twittera i jednego zamglonego Instagram Live), Smoczyńska pracuje obecnie nad kolejnym projektem. Ma to być coś z pogranicza opery, thrillera i science-fiction – czyli klasyczne „smoczyńskie mix & match”. Czy pojawią się latające syreny z PRL-u? Cóż, nie jest to wykluczone.

Wielu fanów reżyserki marzy także o tym, by spróbowała swoich sił w komedii. Wyobraźcie sobie takie „Dzień dobry, kochanie” zrobione przez Agnieszkę Smoczyńską: klaustrofobia, maski społeczne, orgie emocji i… karaoke. Coś czujemy, że nawet Tadeusz Drozda nie ogarnąłby tej wersji.

W świecie, gdzie wiele filmów można przewidzieć po 10 minutach, Smoczyńska jest niczym reżyserska gra w rosyjską ruletkę. Zawsze zaskakuje. Czasem trafisz na czułość, czasem na dramat psychologiczny, czasem na syrenkę śpiewającą o miłości i głodzie – ale nigdy na nudę.

Niełatwo dziś o artystów, którzy idą pod prąd bardziej niż przeciętny uczestnik Triathlonu Piekarskiego. A Agnieszka Smoczyńska robi to nie tylko celowo, ale i z gracją godną figury piruetowej. Jej filmy to kino, które zostaje w głowie, sercu i… czasem w sennych koszmarach – ale jak mawiają krytycy: lepiej mieć koszmary z klasą, niż marzyć bez smaku.